2026-07-17
Joanna Szczurowska
Pierwsza Polka zjechała na nartach z Denali
Anna Lewandowska @turboskrzat (instagram) zjechała na nartach z Denali (Mount McKinley 6190 m) jako pierwsza Polka. Mieliśmy to szczęście, że na kilka dni przed wylotem podarowaliśmy Ani smycz KOALA i stąd też wiedzieliśmy o jej planach.. śledziliśmy relacje trzymając mocno kciuki a po powrocie mieliśmy ochotę dowiedzieć się dla Was czegoś więcej o wyprawie, samym pomyśle i realizacji. Zapraszamy do przeczytania..
Turboskrzat – pierwsza Polka, która zjechała na nartach z Denali – udowadnia, że wielkie cele zaczynają się od małych decyzji i konsekwentnej pracy. W naszej rozmowie opowiada nie tylko o samej wyprawie na najwyższy szczyt Ameryki Północnej, ale również o przygotowaniach, momentach zwątpienia, kulisach organizacji i o tym, jak wygląda powrót do codzienności po realizacji marzenia, które dla wielu wydaje się wręcz nieosiągalne. To szczera rozmowa o górach, odwadze, wewnętrznym krytyku i o tym, że nawet największe sukcesy nie zawsze wyglądają tak, jak wyobrażamy je sobie z zewnątrz.
Denali – najwyższy szczyt Ameryki Północnej i marzenie wielu alpinistów
Denali to najwyższy szczyt Ameryki Północnej, wznoszący się na wysokość 6190 m n.p.m. Znajduje się na Alasce, na terenie Parku Narodowego Denali, i od lat uznawany jest za jedną z najtrudniejszych gór wysokich dostępnych dla wspinaczy bez użycia tlenu. Choć wysokością ustępuje himalajskim ośmiotysięcznikom, surowy klimat, ekstremalne temperatury i ogromne przewyższenie sprawiają, że dla wielu alpinistów jest znacznie większym wyzwaniem niż mogłoby się wydawać.
Jeszcze do 2015 roku szczyt oficjalnie funkcjonował pod nazwą Mount McKinley. Obecnie ponownie używana jest historyczna nazwa Denali, która w języku rdzennych mieszkańców Alaski oznacza po prostu „Wielki”. I trudno o trafniejsze określenie – zarówno pod względem rozmiarów, jak i skali wyzwania.
Dlaczego Denali jest tak trudne?

Na pierwszy rzut oka wysokość 6190 metrów może wydawać się niewielka w porównaniu z ośmiotysięcznikami. W praktyce jednak Denali należy do najbardziej wymagających gór świata.
Po pierwsze – jego położenie geograficzne. Szczyt znajduje się bardzo daleko na północy, około 63° szerokości geograficznej. Oznacza to znacznie niższe ciśnienie atmosferyczne niż na podobnych wysokościach w Himalajach czy Andach. Organizm odczuwa więc wysokość mocniej, a aklimatyzacja jest bardziej wymagająca.
Drugim wyzwaniem jest pogoda. Denali słynie z gwałtownych zmian warunków atmosferycznych. Silny wiatr, intensywne opady śniegu i temperatury spadające nawet poniżej -30°C nie należą do rzadkości. Nawet podczas pozornie dobrego sezonu zdobycie szczytu często uniemożliwiają wielodniowe załamania pogody, przez które zespoły muszą cierpliwie czekać w obozach na odpowiednie okno pogodowe.
Nie bez znaczenia jest także ogromne przewyższenie. W przeciwieństwie do wielu wysokich szczytów, gdzie do bazy można dojechać samochodem, na Denali większość wypraw rozpoczyna się na lodowcu Kahiltna, skąd do szczytu trzeba pokonać niemal cztery kilometry różnicy wysokości.
Wyprawa na Denali to nie tylko wejście na szczyt
Zdobycie Denali to wielotygodniowa ekspedycja wymagająca doskonałego przygotowania logistycznego. Typowa wyprawa trwa od dwóch do czterech tygodni, a jej powodzenie zależy nie tylko od kondycji uczestników, ale również od pogody i umiejętności podejmowania właściwych decyzji.
Większość zespołów transportuje cały sprzęt samodzielnie. Oprócz ciężkich plecaków uczestnicy ciągną za sobą specjalne sanie transportowe, w których znajdują się namioty, żywność, paliwo, sprzęt biwakowy oraz wyposażenie potrzebne do funkcjonowania przez wiele dni na lodowcu.
Po drodze zakładane są kolejne obozy, pomiędzy którymi wielokrotnie przenosi się sprzęt zgodnie z zasadami aklimatyzacji. Dni wypełniają marsze z ciężkim ekwipunkiem, kopanie platform pod namioty, budowanie murów śnieżnych chroniących przed wiatrem oraz oczekiwanie na poprawę pogody.
To właśnie ta codzienna praca sprawia, że Denali uznawane jest za jedną z najbardziej wymagających logistycznie wypraw wysokogórskich.
Kim jest i skąd się wziął Turboskrzat?
To wyszło zupełnie naturalnie. Mam 159 cm wzrostu, stąd „skrzat. A „turbo”… no cóż. Zawsze miałam milion pomysłów na minutę, trudno mi usiedzieć w miejscu i chyba faktycznie żyję na trochę wyższych obrotach niż większość. Tak kiedyś nazwała mnie przyjaciółka. I tak już zostało.
Jak narodził się pomysł wyprawy na Denali? Było marzeniem od początku Twojej przygody ze skialpinizmem, czy pojawiło się dopiero wtedy, gdy poczułaś, że jesteś gotowa na tak duży projekt?
Zacznijmy od tego, że nie nazwałabym siebie skialpinistką. Coś tam na tych nartach działam, ale nie jest to jedyna rzecz, którą w górach robię, a już z pewnością nie mam takich umiejętności i doświadczenia, żeby siebie szumnie nazywać skialpinistką. A może jednak powinnam? Kilka lat temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś pojadę na Denali i że zjadę z tej góry na nartach. Im więcej czasu spędzałam w górach, tym bardziej zaczęłam szukać wyzwań, które będą czymś więcej niż kolejnym szczytem. Denali dojrzewało we mnie przez kilka lat, głównie ze względu na finanse, nie ukrywajmy. Ale marzenia o Alasce i Denali były bez planów narciarskich. Te pojawiły się, jak padła decyzja, że jedziemy tam w tym roku i zaczęliśmy analizować, jak to zrobić. Mamy oboje z mężem niechęć do rakiet śnieżnych, więc decyzja o zabraniu nart była dość naturalna, a potem pojawiła się myśl, że może w takim razie pójść z nimi aż na szczyt i spróbować zjazdu. I chyba najważniejsze było to, że w pewnym momencie przestałam się zastanawiać, czy dam radę, a zaczęłam planować, jak to zrobić.

Wejście czy zjazd – co było trudniejsze?
Wejście było wymagające fizycznie. Każda działalność w wysokich górach jest wymagająca. Nawet nie chodzi o sam atak szczytowy, ale wszystkie dni od początku wyprawy. Ciągnięcie sań (trudno opisać jak mocno jest to frustrujące), noszenie ciężkiego plecaka, pogoda – to wszystko, co jest tak specyficzne na Denali, daje w kość. Fizycznie byliśmy turbo dobrze do tej wyprawy przygotowani, naprawdę. Ale mentalnie zdecydowanie większym wyzwaniem był zjazd. I to kompletnie nie z powodu presji, że jestem pierwszą Polką, która podejmuje taką próbę. Raczej ze względu na warunki tego dnia – głównie sprasowane gipsy i tak zwany blue ice. Wyprawa i sam atak szczytowy nie były planowane pod kątem pełnego zjazdu ze szczytu. My narty mieliśmy ze sobą jako, hmm, dodatek? Wiedzieliśmy, że owszem, będziemy próbowali zjeżdżać, ale nie za wszelką cenę, to raz, a dwa, nie jako pełny zjazd do bazy na raz, bo musieliśmy pozbierać obozy. Oczywiście, że da się to zrobić w lepszym stylu, w całości, zjeżdżając na raz, a potem wrócić i zwinąć obozy albo mieć kogoś, kto je zwinie. Nie ma jednej recepty na tego typu wyprawy, jak się często ludziom wydaje. Więc może jednak powinnam odpowiedzieć, że największym wyzwaniem było zmierzenie się z opiniami ludzi?
Na Instagramie pokazujesz zarówno piękne chwile, jak i momenty zwątpienia. Czy był podczas wyprawy moment, w którym naprawdę pomyślałaś: „to może się nie udać”?
Tak. Kiedy będąc w C2 w prognozach na najbliższe dwa tygodnie nie było żadnego okna pogodowego. Ale jak to na Denali, prognoza zmienia się szybciej czasem niż zdążysz odświeżyć stronę. A tak poza tym, to chyba właśnie nie. Ta wyprawa była udana i dość „komfortowa” pod wieloma względami.

Jak przygotować się do wyprawy na Denali? Jak wyglądały przygotowania do Denali od kuchni? Nie tylko trening, ale też organizacja, logistyka, sprzęt i finansowanie takiej wyprawy.
Szczerze? Sam trening to była chyba najprostsza część. Najwięcej czasu zajęły logistyka, kompletowanie sprzętu, szukanie partnerów sprzętowych, planowanie transportu, jedzenia, ubezpieczeń… To są miesiące pracy, których później prawie nikt nie widzi. Sam wyjazd trwa dwa, trzy czy cztery tygodnie, ale intensywne przygotowania spokojnie ponad pół roku. A trzeba je godzić z pracą. Ja jestem etatowym pracownikiem branży IT.
Czy podczas zjazdu był moment, który zostanie z Tobą na zawsze? Niekoniecznie najbardziej spektakularny, ale najbardziej emocjonalny.
Tak. Pierwsze sekundy tuż pod szczytem, po rozpoczęciu zjazdu. Chwilę wcześniej stoisz na górze z ogromnymi emocjami, a za moment musisz je całkowicie wyłączyć i skupić się na każdym ruchu, bo warunki nie wybaczą błędu. Wtedy dotarło do mnie, że naprawdę to robię. Naprawdę zjeżdżam z Denali.

Czy po zdobyciu i zjeździe z Denali czujesz bardziej satysfakcję, ulgę czy… niedosyt i chęć planowania kolejnego celu?
Najpierw było szczęście i jednocześnie ogromna ulga. Później satysfakcja. A teraz… pustka i zwątpienie w to, co się zrobiło. Będę szczera, żyją we mnie dwa wilki. Jeden mówi, że zrobiłam turbo fajną rzecz, a drugi że to przecież nic takiego, że zjazd nie był na raz, nie był pełny, wybrałam też żleb, w którym trzeba zjechać na linie pierwszy odcinek, itd. Niektóre komentarze w Internecie też nie pomagają, a wewnętrzny krytyk ma się obecnie bardzo dobrze. Plus właśnie ta powyprawowa pustka. Jak po powrocie z kolonii w podstawówce. Ale nieśmiało już zaczynam myśleć o kolejnych projektach. Chyba tak już mam. Lubię kończyć jeden cel i chwilę później zastanawiać się, co dalej.
Jak wygląda dzień po powrocie z takiej wyprawy? Czy łatwo wrócić do zwykłej codzienności?
Najpierw prysznic. Taki naprawdę długi. Potem świeże jedzenie. I łóżko. Potem długa podróż do domu i powrót do pracy, nadrabianie zaległości w takim codziennym życiu, cieszenie się dobrodziejstwami cywilizacji. Ale i tak przychodzi moment, że człowiek łapie się na tym, że tęskni za górami. Paradoksalnie łatwiej jest funkcjonować tam, gdzie każdego dnia ma się jeden prosty cel, kilka prostych zadań.
Masz jakiś górski rytuał przed dużą wyprawą? Coś, bez czego nie ruszasz z domu?
Robię listy. Dużo list. Sprawdzam wszystko kilka razy, bo wiem, że w górach zapomnianej rzeczy często nie da się po prostu dokupić. A poza tym… jem ulubione rzeczy. Innych rytuałów chyba nie mam. A nie, przepraszam! Idę na manicure, haha. Żeby chociaż przez kilka dni mieć wypielęgnowane dłonie.

Jest jakaś rzecz, którą zawsze pakujesz, mimo że rozsądek mówi: „po co to taszczysz?”
Mleczko w tubce i / albo czekotubki. Są dość ciężkie, ale wiem, że poprawią humor. I zdecydowanie za dużo mokrych chusteczek.
Gdybyś mogła wrócić do siebie sprzed pięciu lat i dać jedną radę przyszłej zdobywczyni Denali, co by to było?
Przestań czekać, aż poczujesz się gotowa. Bo chyba nigdy nie ma takiego momentu w stu procentach. Przygotuj się najlepiej, jak potrafisz, i po prostu zacznij działać.

Czy masz jakieś kolejne plany?
Oczywiście. Gdyby nie było kolejnych marzeń, które przekuwać w cele, pewnie szybko zaczęłabym się nudzić. Na razie nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, ale mogę obiecać jedno, będzie wysoko, będzie ambitnie (dla mnie). A kiedy? Tego nie wiem.
Masz może jakieś motto, radę dla innych kobiet?
Nie czekajcie, aż ktoś powie Wam, że jesteście gotowe. Nie próbujcie też nikomu niczego udowadniać. Róbcie rzeczy, które naprawdę Was ekscytują. Ale jak poczujecie, że wartom odpuścić, odpuszczajcie i nie bójcie się tego. To nie porażka. No i to że wielkie cele nie są zarezerwowane dla wybranych. Najczęściej zaczynają się od małego kroku i decyzji: „spróbuję”. A potem okazuje się, że granice były głównie w naszej głowie. Sama muszę sobie o tym regularnie przypominać i takiego podejścia się uczyć.
O Annie Lewandowskiej, która weszła na Denali i zjechała na nartach przeczytasz również na stronie Fundacji Himalaizmu Polskiego im. Andrzeja Zawady oraz na stronie portalu wspiananie.pl
Bardzo dziękujemy za poświęcony czas i rozmowę.

Tak jak wspomniałam na początku, Anna Lewandowska @turboskrzat, zabrała ze sobą na Denali smycz KOALA, która podczas wyjazdu dbała o zabezpieczenie telefonu.
